|
niedziela, 23 maja 2010
Mam drugiego syna.
Trochę opuściłem się z pisaniem, ale chyba juz tak zostanie. Po prostu teraz mam mniej czasu. Jedynie staram się regularnie kontynuować swój blog prawdziwedramaty.blox.pl, ponieważ w ostatnim czasie znów wzrosło zagrożenie bezpieczeństwa obu starszych dziewczynek, które wychowuje. 11 maja o 3:25 urodził mi się drugi syn. Oczywiście tak jak przy narodzinach pierwszego, tak i teraz byłem razem z żoną na sali porodowej i też omal nie zemdlałem, ale ostatecznie wytrzymałem. Może nie powinienem tu wymieniac nazwy szpitala, aby nie robic kryptoreklamy, ale myślę, że warto polecić tę placówkę i dlatego złamię tę zasadę. Do szpitala w Międzylesiu pod Warszawą przyjechaliśmy ok. 1:40 w nocy. Zostaliśmy umieszczeni w osobnej sali do porodu rodzinnego. Moja żona nie miala jeszcze zbyt silnych bólów, ale były już co 5 min. Niewiem czy poród odebrała pielęgniarka, położna, czy zawodowa lekarka, bo odbył się tak szybko, że ledwo co zdążyliśmy złapać dziecko. Kobieta w bialym kitlu weszła na chwilę, aby sprawdzić stan mojej partnerki, gdy ona zaczeła wrzeszczeć. Pani spojrzała, ale chyba uznała, że to jeszcze nie to i już chciala odejść, ale po chwili postanowiła zostać do momentu aż moja żona przestanie krzyczeć, gdyż takie krzyki odbywały się co kilka minut. W pewnym momencie poprosiła mnie abym podał jej coś ze szafki, gdy nagle kazala mi wrócic. Chłopak urodził się w zaledwie pół minuty. Mój pierwszy syn wychodził ze 20 min, a ten po prostu wyskoczył. Sam go podałem swojej żonie, drugą ręką złapałem aparat, ale byłem na tyle zdenerwowany, że nie potrafiłem ustawić ani światła ani ostrości. W efekcie nagrałem ok półtoraminutowe ujęcie, z czego dobre 15 sekund wizjer był zasłonięty przez mój palec, a potem ujęcie było dosyc ciemne i ręka mi się trzęsła. Po chwili pojawiło się parę osób, ale byłem tak zdenerwowany, że nawet sobie z tego sprawy nie zdawałem. Dopiero na filmie uslyszalem kilka głosów i zobaczylem dodatkowe dlonie. Jak przecinalem pępowinę to ledwo w celowałem się swoim aparatem, ale w końcu mi się udało. Synek ważył 3,750 i miał 57 cm. Zdrowy i pelen wigoru. Mija już tydzień, jak oboje są w domu. Wcześniej Wszyscy mówili, że mój starszy synek, który ma obecnie 2 i pół roku bedzie strasznie zazdrosny o brata, gdy mama lub tata będzie go brał na ręce, bo to cecha rodzinna mojej partnerki. Ja nieco w to wątpiłem, ale milczałem. Tak było, gdy urodzila się druga córka mojej obecnej żony. Pierwsza jej córka to się obrazila, jak mama przywiozla siostrzyczkę. Tymczasem mój starszy synek ani razu nie pokazał takiego uczucia. Od początku podchodzi do braciszka i go głaszcze i pierwszy zareaguje, jak tylko ten zapłacze i nigdy jeszcze nie obraziła się, gdy któreś z nas weźnie go na ręce. Każdy dostaje swoją dawkę miłości i wszystko jest okej. I tego życzę wszystkim czytelnikom i nie tylko.
sobota, 24 kwietnia 2010
Rodzicielski autorytet
Autorytet.
To, że dla małego dziecka, jego rodzice są niezaprzeczalnym autorytetem jest oczywiste, ale w praktyce bywa to różnie. Nieraz odwiedzałem znajomych, gdzie grasowały kilkuletnie bobasy, które za nic brały polecenia taty czy mamy, wiec gdzie tu autorytet. Oczywiście to nie do końca to. Ale w większości domów jest tak, że to mama przytula i okazuje swoją miłość do własnego dziecka, a tata pełni funkcje głownie wychowawcze. W efekcie następuje zbyt daleko idące rozdzielenie obowiązków rodzicielskich. Dlatego pojawiają się pewnego rodzaju problemy. Przykład: dziecko choruje i nie chce przyjąć gorzkiego lekarstwa. Kogo posłucha? Zazwyczaj bywa różnie, ale nie obywa się wtedy bez płaczu, a czasem nawet i podawania lekarstwa na siłę. Wynika to z faktu, że w rozumieniu dziecka mama jest od przytulania i kiedy ma zrobić coś niedobrego to chowa się właśnie za nią, ale tego czegoś nie chce zrobić. Liczy, że mama się ulituje. Dziecko taty się słucha, ale w takich przypadkach zawsze można próbować się chować za mamę i dlatego jest wtedy tyle płaczu. Oczywiście przykładów jest dość sporo i różnie można je interpretować, ale niestety bardzo często bywa tak, że dziecko musi się nieźle napłakać zanim wykona niechcianą czynność. Tak jest i u mnie, ale wydaje mi się, że z dużo mniejszą częstotliwością niż to widywałem u swoich znajomych. Wielu sytuacjach mój synek chętnie wykonuje takie czynności, pod warunkiem, że umiejętnie się podejdzie do problemu. A zasadniczo należy trochę zatrzeć różnicę w rozdzielaniu tych podstawowych obowiązków rodzicielskich i czasem się wymienić tymi obowiązkami. Widać to właśnie na przykładzie owych niedobrych leków. Jakiś czas temu mój synek zachorował i lekarz przepisał mu różne lekarstwa, w tym jedno dosyć niesmaczne. Kiedy mama próbowała mu je podać to był wielki płacz, ale gdy sam spróbowałem, to odbyło się to bez większych problemów i nie musiałem ani krzyczeć, ani się siłować. Synek nawet się nie chował za mamą. Wypróbowałem starą dobrą metodę, zabawa. Często i gęsto poświęcam chwilkę na zabawę z synkiem i to skutkuje. Zmieniam mu pieluszkę w formie zabawy, karmię go bawiąc się i podaję leki przez zabawę. Dlatego gdy widzi jak nalewam na łyżeczkę ten niedobry lek, to wie, że za chwilę będzie latał samolocik, który wpadnie mu do buzi. Jak do tej pory nie ma problemów z podawaniem gorszych leków i nawet może robić to mama. Nie ma problemów również z innymi czynnościami. Oczywiście nie zawsze jest tak pięknie, ale ogólnie nie jest źle. Przyznaje również, że ostatnio stał się bardziej płaczliwy, ale i tak w porównaniu z wieloma znanymi mi osobiście dziećmi to mój synek jest naprawdę grzeczny i cichy.
sobota, 27 marca 2010
Smoczkowe kłopoty
By by smoczek.
Pozbawienie dziecka smoczka, ciężka sprawa, ale do zrealizowania. Potrzeba trochę cierpliwości, opanowania i silnej woli. Po pierwsze odwróć dziecka uwagę. Baw się z nim, rozśmieszaj go, wygłupiaj się. Oczywiście nie przez chwilę, ale poświęć na to więcej czasu. Możliwe, że trzeba będzie tak działać przez kilka dni, a może nawet tygodni. No, ale sukces jest chyba wart sukcesu. Po drugie zawstydź dziecko. „No niee, taki duży chłopczyk, a jeszcze smoka ciągnie” Zapewne, maluch i tak tego nie zrozumie, ale rozpozna, że nasza reakcja nie oznacza czegoś pozytywnego. Po trzecie przygotuj się na sukces i zaopatrz się w plastry opatrunkowe. Rozbawiony maluch szybko zapomni o smoczku, ale aby tak mogło się stać musi już mieć wszystkie ząbki. Dlatego od czasu do czasu musi coś wsadzić do swej buzi. Tylko, dlaczego to musi być mój palec? Tak samo w nocy. Wystarczy żeby nasz pupilek zasnął ze zmęczenia od zabawy, a nie został ululany. Wystarczy, kilka nocy z rzędu i mamy kłopot z głowy. No mniej więcej tak to wygląda. Przynajmniej tak wyglądało u mnie.
niedziela, 21 marca 2010
Bajka za bajką, czyli maraton bezruchu
Bajka za bajką. Mój trzyletni synek powoli staje się maniakiem bajkowym. Zaczyna oglądać wszystkie, które pojawią się w telewizji i co chwilę prosi, aby mu włączać bajkę z dvd. Niestety staje się to poważnym problemem nie tylko w moim domu. Zastanówmy się, jakie z tego płyną zagrożenia. Po pierwsze dziecko za dużo czasu spędza przed telewizorem. Podchodzi do niego zbyt blisko. Zmniejsza się czas przeznaczony na ruch, co może wywołać problemy w rozwoju psychoruchowym dziecka. No i oczywiście nie wszystkie bajki są pożyteczne. Problem leży w tym, że my rodzice chcemy mieć czas na inne zajęcia i taka godzinka czy dwie spokoju daje nam pewna swobodę, a z czasem ten czas się wydłuża. Moja żona zawsze coś tam gotuje lub sprząta, a ja również dorabiam sobie pracując przed komputerem. I problem narasta. Na szczęście staram się to jakoś rekompensować. Po pierwsze dzięki temu, że siedzenie przed komputerem jest trochę męczące, toteż staram się dzielić ten czas na odcinki godzinne, a po tym czasie z 15 min. przerwy. I tę chwilkę staram się wykorzystać na rozruszenie i swoich starych kości jak i mojego synka. Chwilkę go poganiam po pokoju. Pilnuje też by jednak nie oglądał tych bajek z byt dużo i góra półtorej godziny powinno mu starczyć. I tu jest największy problem, bo wtedy przychodzi do mnie i pokazuje na półkę z bajkami na dvd. Jak nie dostaje tego, czego chce to w płacz i ciągnie mnie za rękę. Niestety staram się być twardy. Choć serduszko boli jak synek płacze, to jednak dla mnie jest to wyższa konieczność. Co prawda, ja w tym czasie nie mogę pisać, a tym samym i zarabiać, ale w końcu zadaje sobie pytanie: po co zarabiam? Przecież robię dla niego, żeby miał wszystko, co zapragnie, ale jak pomyślę, co z niego wyrośnie za kilka lat, jeśli teraz pozwolę na przesiadywanie przed telewizorem. Gruby, leniwy i chory chłopak. Więc co z tego mojego zarabiania. Dlatego może trochę biedniej, ale szczęśliwiej rezygnuje z zarabiania na koszt wychowania. Problemy pojawią się tak czy siak, ale mogę próbować je ograniczać. A kochany synek i tak chwilkę popłacze i potem zajmie się czymś innym. Lubi biegać, skakać jeździć samochodzikami, a więc ma co robić. Ponadto lada moment urodzi mu się braciszek i pewnie za kilkanaście kolejnych miesięcy będzie miał rówieśnika do zabaw, co powinno ograniczyć czas bezruchu. Już teraz widać, co się dzieje, jak przyjdzie kolega lub koleżanka w jego wieku. Dosłownie dom staje na głowie i lepiej zejść im z drogi. I tak ma być.
niedziela, 14 marca 2010
Zabawka dla dziecka i taty
Dobra zabawka
Kucyk Pony, samochód na pilota, lalki Barbie, elektryczna kolejka, kompletne tory wyścigowe, biegające, śpiewające i świecące pluszaki i tak dalej i tak dalej. Nowoczesne zabawki zalegają na półkach każdego sklepu dla dzieci, a my nie możemy się im oprzeć. Tak bardzo pragniemy, aby nasze oczko w głowie, miało najlepsze zabawki, że przestajemy się zastanawiać, nad ich przydatnością. Ważne, aby się świeciły, grały, ruszały, były kolorowe i nieważna jest ich cena. Grunt, że nasze dziecko będzie najszczęśliwsze. No właśnie ono, czy my? Tak naprawdę, większość zabawek, jakie kupują ojcowie swoim dzieciom to bardziej mają zadowalać ich samych, niż maluchy. Bo one będą się cieszyły z każdej bylejakiej zabawki. Wystarczy, aby była nowa no chyba, że od najmłodszych lat przyzwyczaimy dziecko do tych najlepszych zabawek. Wtedy jednak, należy liczyć się z negatywnymi skutkami takiego zachowania, gdy nasze dziecko będzie już znacznie starsze. No cóż, łatwo się mówi. Ale nawet mnie nie omija ten problem. Jeśli tylko mnie stać, to kupuje zabawkę swemu trzyletniemu synkowi, która jest przeznaczona dla starszych dzieci. Oto kilka przykładów. Mniej więcej rok temu wybraliśmy się do moich rodziców, a potem nad morze. Podróż była długa i męcząca, a więc normalne stało się, że nasz synek po kilku godzinach jazdy zaczął płakać i nie pomogła krótka przerwa w jeździe. Był tak zmęczony podróżą, że kolejne przerwy musiały następować coraz częściej, a to z kolei wydłużało całkowity czas przejazdu. Wobec powyższego wszedłem do przydrożnego sklepu z zabawkami i poszukałem takiej właśnie świecącej, grającej i jeżdżącej zabawki. Był to samochodzik na baterię, który cały czas jeździł od przeszkody do przeszkody, reflektory mrugały, a z głośniczków jakiś chińczyk śpiewał po angielsku „Happy year”. Oczywiście chińska odmiana angielskiego była dosyć… Nieważne. Ważne, że zabawka spełniła swoją rolę i uspokoiła malucha, tyle tylko, że my przez resztę podróży zmuszeni byliśmy słuchać jakiegoś niezrozumiałego śpiewu. Podobnie było przed poprzednimi świętami Bożego Narodzenia. Mój synek już chodził i rzucał wszystkimi zabawkami, zamiast się nimi bawić. Jednak zauważyłem, że wybiera głównie samochodziki i na nich trochę dłużej skupia swoją uwagę. Oczywiście warunkiem dobrej zabawy było uczestnictwo taty lub mamy. Więc jeśli chcieliśmy na chwilę usiąść i odpocząć, to raczej marne szanse. Zaczynał się płacz i ciąganie za rękę. Więc rad nierad trzeba było zejść z wygodnego fotelika i usiąść z maluchem na podłodze. Dlatego szukając dla niego zabawki na święta, chciałem znaleźć taką, która by go zajęła na trochę dłużej. Niestety większość zabawek, które spełniała moje wymogi była raczej poza moim portfelem. Już byłem dość zrezygnowany, gdy trafiłem na tanie samochodziki na pilota. Niska cena wynikała zapewne z faktu, że paczki musiały w którymś momencie wpaść do wody, co było widać po opakowaniu. Mimo to postanowiłem zaryzykować. Po pierwsze jeszcze w sklepie sprawdziłem czy pojazd działa, a po drugie trochę się znam na technice i coś tam mógłbym sam naprawić. Najważniejsze, że samochód był dość duży i jeździł. W moim założeniu, miałem sobie usiąść w miękkim fotelu, albo ktoś inny za mnie i będzie puszczał maluchowi zabawkę sterując ją z ręki, a on będzie latał za tym jeżdżącym wozem. Ku mojemu zaskoczeniu, mój półtoraroczny synek okazał się bardziej inteligentny, niż my wszyscy razem wzięci. Pierwsze, za co się złapał, to pilot i po wielu próbach nauczył się nim sterować. Co lepsze, sam zaczął siadać na foteliku i z niego sterował, a nas zmuszał, abyśmy ganiali za samochodzikiem. No ładnie. Co ciekawe, samochodzik działa do dziś. Takich przykładów mógłbym podać jeszcze kilka, ale teraz zastanawiam się nad stwierdzeniem, czy należy dziecku kupować zabawki tylko odpowiednie do jego wieku. Mój synek posiada zwykłe klocki i bardziej skomplikowane zabawki. Doskonale radzi sobie z każdym rodzajem zabawek. Wiec jak to jest? Wydaje mi się, że zależy to od indywidualnych cech dziecka, i panującej w domu atmosfery. W moim przypadku, jak na razie rozwój mojego synka jest prawidłowy i zgodny z normą, a do tego w domu ma wspaniałą atmosferę, gdyż stosunkowo rzadko się kłócimy i zazwyczaj są to kłótnie bardzo krótkie, a raczej drobne sprzeczki. Dlatego równie dobrze radzi sobie z zabawkami odpowiednimi do jego wieku, jak i tymi niekoniecznie odpowiednimi.
sobota, 06 marca 2010
Czy można bić dzieci, aby je dobrze wychować?
Bić albo nie bić? Oto jest pytanie!
Zdecydowana większość dzisiejszych trzydziesto- czterdziesto- i dużo, dużo więcej latków zawsze mówi: „-Mnie to ojciec lał ile wlazło i dzięki temu wyszedłem na ludzi…” Natomiast dzisiaj promuje się wychowanie bez bicia i już mamy pierwsze efekty. Wśród dzisiejszych dwudziestolatków i młodszych grup wiekowych, masę prekursorów tak inteligentnego wychowania staje się postrachem osiedli lub przynajmniej zasila szeregi stałych mieszkańców cel więziennych. A zatem co? Bić szczeniaka ile pary w łapie? Nic z tego. Pierwsze zdania, które tu umieściłem są przykładem ludzkiej bezmyślności. Nie chodzi tu o to, że są to nieprawdziwe zdania, wręcz przeciwnie. Jest to prawda. Ale lepiej jest użyć określenia, że to tylko jedna strona medalu.
Jeszcze w latach 80 ubiegłego stulecia, powszechnie akceptowano bicie dzieci. Oczywiście nie praktykowano tego w szkołach, jak przed wojną, ale uznawano, że nie ma w tym nic zdrożnego. Dopiero w latach 90 zaczęły się zmiany w tym zakresie. Jednak problem polegał na tym, że nie każdy bił tak samo. Czyli inaczej mówiąc, nie każdy ojciec bił, bo się należało. Zdarzały się przypadki zwyczajnego znęcania nad własnymi dziećmi. Niestety powszechne akceptowanie tego zjawiska powodowało, że takie przypadki po prostu ginęły w szumie informacji. Natomiast obecnie, rzeczywiście bicia się albo nie akceptuje albo się do tego nie przyznaje, a wtedy każdy ujawniony publicznie przypadek takiego zachowania jest piętnowany. Niestety wielu ludzi nie potrafi się odnaleźć w nowej rzeczywistości państwa kapitalistycznego i swoje prywatne życiowe porażki nadrabia siłą fizyczną wobec osób, które nie potrafią się bronić, wobec dzieci. Dlatego wciąż narasta kampania przeciwdziałania temu zjawisku. Problem polega jednak na zbyt intensywnym nagłaśnianiu takich spraw. Z jednej strony to dobrze, a z drugiej zaś strach przed oskarżeniem o bicie własnych dzieci powoduje, że ludzie boją się do tego przyznać. Efekt? Idziemy na kawę do sąsiadki i widzimy jak jej kilkuletnie dziecko zbija filiżankę z drogiego porcelanowego zestawu, a kochana mamusia podchodzi do tego szkraba i delikatnie mu tłumaczy, że zrobiło coś nie dobrego. Po takiej scenie we własnym domu zaczynamy postępować dokładnie tak samo. Więc gdy usłyszymy, jak nasze kochane skarbiątko zaczyna się do wszystkich dookoła zwracać się: „ty taki, owaki, nie będziesz mi mówił, co mam robić…” to grzecznie podchodzimy i spokojnie pouczamy: „Ależ kochanie, tak nie wolno…” Podoba wam się? Nie tędy droga. Więc jak powinniśmy postępować. Po pierwsze proponuje zastanowić się nad własnym słownictwem, a dopiero później nad zachowaniem. Słowo „bić”. Co ono oznacza? Na to hasło nasz mózg wysyła szereg informacji, z których odczytujemy: - pięść, złość, nienawiść, krew, płacz, strach… To pierwsze słowa, jakie się nam kojarzą ze słowem bicie. I tu leży problem. Rzeczywiście taka forma bicia, zawsze się źle skończy. Natomiast zwykły klaps, niekoniecznie będzie miał przykre konsekwencje. Klaps, to też bicie, ale klaps to także forma wychowania. Przekazanie dziecku informacji, że coś robi źle. Jednak jego skuteczność zależy od wielu czynników. Przede wszystkim nie należy go nadużywać. Sporadyczny klaps, gdy dziecko zrobi coś złego nie zaszkodzi. Nie należy bić gdzie popadnie. Niedopuszczalne są klapsy w twarz, głowę, czy inne przypadkowe miejsca. Tylko w tyłek i to dosyć rzadko. Dziecko szybko się nauczy, że jeśli raz dostało klapsa od taty lub mamy to już zapamięta, że lepiej jest słuchać tę osobę, a wtedy następnym razem wystarczy zwykła uwaga. Mój syn ma niecałe 3 latka. Dostał ode mnie najwyżej 2-3 klapsy. Nawet nie płakał, ale teraz mnie prawie zawsze słucha. Wystarczy, że się zbliży do miejsca, gdzie może coś zbroić, a wtedy wystarczy moja uwaga, a już rezygnuje. Oczywiście nie zawsze się słucha, ponieważ ma sporą swobodę, ale faktycznie, jestem dla niego autorytetem. Jeżeli, czegoś chcę, to najpierw przylatuje do mnie i prosi o to. Jeżeli czegoś nie może dostać, to w większości przypadków wystarczy, żebym to ja tego zabronił. Czasem popłacze, a czasem nie, ale za to ja mam pewność, że mu się nie stanie żadna krzywda ani, że sam niczego w mojej obecności nie uszkodzi. No może mówię na wyrost, bo czasem mu się zdarzy coś uszkodzić, ale biorąc pod uwagę moje doświadczenie z innymi dziećmi, to z całą pewnością mogę powiedzieć, że mój syn bardzo rzadko coś uszkodzi i rzadko przy tym zrobi sobie jakąś krzywdę. W każdym bądź razie obecnie nie ma potrzeby dawania już klapsów. Te, które już dostał nauczyły go, że tata wie lepiej. Oczywiście nie mogę powiedzieć, że na pewno się tam kiedyś nie zdarzy taka potrzeba, ale im rzadziej tym lepiej. Jeszcze jedno, odnośnie ostatnich podnoszonych głosów w mediach o próbach przepchania ustawy pozwalającej karać za danie klapsa. Autorom tej ustawy nie chodziło o całkowite zlikwidowanie bicia, nawet w formie klapsów, bo wtedy musieliby wsadzić za kratki większą część społeczeństwa. Przede wszystkim chodziło o znalezienie „haka”, na wielu sprawców rodzinnych tragedii. Chodzi o tak zwaną przemoc domową. Problem polega na tym, że wielu z nich do momentu skazania, nadal przebywa ze swymi ofiarami, nierzadko pod jednym dachem, co powoduje, że do dnia rozprawy są wstanie wymóc na swoich ofiarach wycofanie oskarżenia lub przynajmniej złożenie takich zeznań, które zagwarantują im bezkarność. Ludzie ci przed Sądem przyznają się jedynie, że od czasu do czasu dadzą jakiegoś klapsa swemu dziecku, ale na tym się kończy ich agresywność, o którą są oskarżani. Wobec strachu ich ofiar, sędziowie nie mogą nic zrobić. I w tym kontekście taka ustawa byłaby pomocna, niestety istnieje większe prawdopodobieństwo, że byłaby ona nadużywana. Głównie przy sprawach rozwodowych, gdzie trwałaby walka o spory majątek do przejęcia. Mało prawdopodobne jest ukrycie klapsów. Dziecko zawsze się przyzna, że któreś z rodziców kiedyś tam takiego klapsa dało, a to mogłoby oznaczać skazywanie wielu niewinnych i często wzorowych rodziców.
niedziela, 28 lutego 2010
Usiądź wreszcie na ten nocnik, dzieciaku!
Usiądź wreszcie na ten nocnik, dzieciaku!
Każdy z nas zna ten problem. Przychodzi taki czas, kiedy chcielibyśmy, aby nasza pociecha przestała już załatwiać swoje potrzeby w pieluchę i nauczyła się korzystać z nocnika. Taaak, oj tak. W końcu pieluchy nie są za darmo. Niestety, nie jest to takie proste. Oczywiście większość z nas jest przekonana, że ta umiejętność przyjdzie sama, z czasem. Może tak, może nie. Pamiętajmy, że każde dziecko inaczej się rozwija i dlatego jeden maluszek szybciej się nauczy wykonywać te czynność, a drugi zrobi to później. Oczywiście nie można tez powiedzieć na przykład, że dzieci powinny się tego nauczyć pomiędzy 3 a 5 rokiem życia, albo miedzy 2 a 4. Wszystko zależy od indywidualnych cech dziecka, wpływu otoczenia i metod stosowanych przez rodziców. Cechy indywidualne dziecka mogą się przyczynić do szybszego lub wolniejszego uczenia się wykonywania pewnych czynności, ale nic ponadto. Podstawowa informacja: „to my sami musimy nasze dziecko tego nauczyć” Słyszałem, że dzieci szybciej uczą się siadać na nocniku, jeżeli są w grupie rówieśników. Podpatrując jak czyni to nauczony już braciszek, siostrzyczka, a nawet synek sąsiada, to istnieje duże prawdopodobieństwo, że i sam zacznie tak robić. Całkiem możliwe, ale co zrobić, gdy dziecko nie ma wzoru do naśladowania, bo np. jest jedynakiem lub tym najstarszym. Ja mam prawie 3 letniego synka i nie mam co liczyć, że nauczy się tego od swoich starszych sióstr, bo one są znacznie starsze i już dawno korzystają z innych urządzeń. Więc jak to wygląda w moim przypadku? Gdy mój synek zaczął już dobrze chodzić, to moja żona przyniosła taki nocniczek i próbowała go na nim sadzać, ale efekt był odwrotny do zamierzonego. Dzieciak zaczął wręcz bać się tego przedmiotu, jak tylko żona wnosiła go do pokoju. Nie pomagały próby nakłaniania, przekupywania, pokazywanie obrazków, mówienie „psi, psi…” i wiele różnych metod. Żona zawsze się tłumaczyła, że jej najstarsza córka nauczyła się korzystać z nocnika, gdy już miała niecałe 2 latka, a druga rok później i gdy była młodsza, bo zaczęła naśladować siostrę i koleżankę. Jednak swego synka nie potrafiła przekonać do siadania na ten sprzęcik. Zatem spróbowałem sam. Ja mam głupią metodę uczenia przez zabawę. Nie wiem czy jest to dobra metoda, ale ma ona w moim przypadku dość wysoką skuteczność. Kiedy więc przystąpiłem do działania, to najpierw wniosłem nocnik do pokoju i tu mój synek od razu zaczął przed nim uciekać i krzyczeć. Dlatego postawiłem go nieco w kącie, a sam zacząłem się z urwisem ganiać po małym pokoiku, tak dla zabawy. Gdy chłopak rozbawił się na całego i zapomniał już o nocniku, to zacząłem rozkładać jego zabawki razem z nocnikiem. Oczywiście zauważył, ale już nie płakał. Jednak w pewnym momencie zdjąłem mu pieluszkę i spróbowałem go na nim posadzić. Oczywiście zaczął początkowo się opierać, jednak szybko zająłem jego umysł innymi zabawami. Trochę z zabawkami, trochę gilgotek i po chwili malec rechotał ze śmiechu i całkowicie zapomniał, że siedzi na nocniku. Przez kolejne kilkanaście minut bawiłem się z nim na całego, co jakiś czas kontrolując zawartość nocnika. W pewnym momencie usłyszałem jak sika. Wtedy go podniosłem i wskazałem na nocnik. Po czym dostał ode mnie trochę braw, gratulacji i uścisków. Od tego momentu, gdy ktoś go sadzał na nocnik to w żaden sposób nie protestował. Za każdym razem dostawał pochwałę, gdy nocnik był pełen i udawaliśmy smutek, gdy pozostawał pusty. Sporym ułatwieniem dla nas był fakt, że nasz synek daje sygnały, gdy będzie coś robił, co pozwala maksymalnie skrócić czas spędzany na nocniku. Moja żona próbowała uczyć synka siadania na nocnik, przez ok. 2 tygodnie, ja potrzebowałem kilkadziesiąt minut. Niestety potem znów musiałem więcej czasu poświęcić pracy zarobkowej i trochę przestałem kontrolować postępy swego synka, co w efekcie spowodowało, że po pewnym czasie znów przestał na nim siadać. Teraz kończy się zima i ponownie kazałem żonie wnosić nocnik. Sytuacja zaczęła się powtarzać. Żona znów zaczęła się męczyć przez kolejne tygodnie nakłaniając synka do siadania, aż w końcu sam podjąłem się tego działania. I tym razem potrzebowałem kilkanaście minut, by przekonać malucha do korzystania z nocnika. Znów od kilku dni bez problemu siada, ale trzeba przy tym trochę czasu poświecić na zabawę z nim. Co prawda, obecnie czasem zrobi i w pieluchę, a czasem i w nocnik, ale są już widoczne postępy. W tym samym momencie, gdy pisałem ten tekst, mój synek sam zaczynał siadać na swój nocniczek. Nie pokazuje jeszcze, że mu się chce, ale ja dostrzegam, gdy zbliża się chwila, kiedy będzie potrzeba skorzystania z przenośnej toalety.
niedziela, 21 lutego 2010
Ten wpis jest kontynuacją blogu „http://wychowywaniedzieci.blox.pl/html”. Utworzyłem kolejny tylko po to by łatwiej dotarł on do zainteresowanej grupy czytelników, czyli osób zainteresowanych problemami wychowawczymi z najmłodszymi dziećmi. Na wskazanym blogu znajdą państwo podstawowe informacje o mnie.
Szkrabowo małe.
Pierwsze kroczki. Mogę się uważać za szczęściarza, ponieważ u mnie w domu jest obecnie troje dzieci, dwie nastolatki i mój dwu i półletni synek. Czasem jest harmider, a czasem jeszcze gorzej, ale dzięki temu każde rozwija się prawidłowo. Przede wszystkim dotyczy to najmłodszego członka, który dzięki takiemu towarzystwu bardzo szybko uczy się podstawowych czynności życiowych. Na domiar dobrego w maju tego roku dołączy do tego towarzystwa mój kolejny synek. Termin został wyznaczony na początek maja. Tymczasem teraz opiszę jak wyglądały pierwsze kroczki mojego synka. Oczywiście nie było to tak jak pokazują czasem w telewizji. Mały człowieczek, któregoś razu wstaje, trzymając się mebelka, daje kroczka i zaczyna maszerować. Nic z tego. Wolniej. Dużo wolnej. Najpierw było unoszenie brzuszka i główki, a po kilku tygodniach pierwsze nieporadne próby przemieszczania się do przodu. Kiedyś słyszałem, że nazwa „RACZKOWANIE”, wzięła się stąd, że małe dzieci zaczynają chodzić do tyłu jak raki. Dlatego uważnie obserwowałem jak mu to będzie wychodziło, ale chyba mój syn nie czytał tych samych książek. Jak tylko zaczął dawać pierwsze kroczki jeszcze na czworakach, to od razu naginał do przodu. Może parę razy wrzucił wsteczny bieg, ale raczej nie nadużywał tego kierunku. Później zaczął zdobywać szczyty pomniejszych mebelków. Chwytał się mocno rączkami i powoli przyjmował stojącą postawę. Przy czym robił niezłą furorę. Jednocześnie sprawdzałem w książeczce dziecka, czy wykonuje te czynności w prawidłowym okresie życia. I tu było na medal. Pierwsze oznaki raczkowania miały przypaść na 8-9 m-c i tak było w przypadku Kamilka. Zresztą wszystkie czynności wykonywał w terminie, zgodnie z zapisami w tej cudownej książeczce, czyli unoszenie główki, trzymanie przedmiotów, siadanie i wymawianie pierwszych sylab. Zatem kiedy już zaczął na dobre raczkować i stawać przy mebelkach spodziewałem się, że za chwilę zacznie dawać pierwsze samodzielne kroczki. Dlatego, całą rodzinką siadaliśmy wokół Kamilka i czekaliśmy. W rękach czekały uzbrojone w aparaty telefony komórkowe. Brakowało tylko popcornu i coca coli. Czekamy, czekamy i doczekać się nie możemy. Szkrabik był cwany i swoje pierwsze kroczki stawiał w samotności, gdy wszyscy domownicy zajmowali się swoimi pracami i chociaż każdy nań lukał swym bystrym okiem to i tak cwaniaczek robił to, gdy nikt nie patrzył. Z czasem jednak pokazywał jak stawia pojedyncze kroczki, a potem i robił to coraz częściej. Przy czym nigdy nie zmuszaliśmy go do chodzenia, ale czasem chodziliśmy razem z nim. Należało pogodzić naszą chęć do szybszego nauczenia go tej czynności i jednocześnie pozwolić mu uczyć się samodzielnie. Niektórzy próbują stosować chodziki, ale jest to błąd. Dziecko powinno polegać na sile własnych mięśni i swymi próbami powinien je rozwijać. Chodzik to utrudnia. W dziesiątym miesiącu życia Kamilek coraz częściej chodził na dwóch nóżkach i pokonywał coraz dłuższe trasy. Bezwątpienia ten egzamin zdaliśmy wszyscy na piątkę. |
|